Epidemia, która ratowała życie? - kilka myśli o etyce pisania o Holokauście

Eugeniusz Łazowski i Stanisław Matulewicz sfingowali epidemię tyfusu i uratowali tysiące ludzi.
Rozmach historii, którą dziś opowiem jest wprost niewiarygodny, kiedy zestawimy ją z niewielkim, zapuszczonym, smutnym budyneczkiem niegdysiejszej synagogi w Stalowej Woli, a dokładnie w Rozwadowie – aktualnie dzielnicy miasta, która w latach II WŚ była jeszcze autonomiczną miejscowością. Historia żydowskiej społeczności zaczyna się tu jeszcze przed wiekiem XVII i nierozerwalnie wiąże się z chasydyzmem. Przed wybuchem wojny Żydzi stanowili ponad 72% ogółu mieszkańców.

Synagoga w Rozwadowie, fot. Rita Miernik dla 'Smutne Synagogi'
Udział procentowy Żydów w ogólnej liczbie mieszkańców Rozwadowa. aut. Rita Miernik dla "Smutne synagogi"
Opowiadając o żydowskiej Stalowej Woli trudno jest ominąć wątek Eugeniusza Łazowskiego. Zasłynął on jako „Chicago’s Schindler”, choć był Polakiem urodzonym w Częstochowie. W czasie II WŚ był lekarzem w Stalowej Woli, a w latach 50. XX w. Łazowski wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie osiadł na stałe. Chicagowska gazeta ‘Chicago Sun Times’ opublikowała ten sensacyjny nagłówek i najprawdopodobniej dała początek wspaniałej opowieści, która jak się okazuje - mogła minąć się z prawdą.
W 1940 roku Łazowski był świeżo upieczonym lekarzem, który w czasie wojny znalazł się w Stalowej Woli – miejscowości rodzinnej jego małżonki. Tam pracował w PCK. Oprócz sprawunków lekarskich na niwie oficjalnej, również po godzinach nie cierpiał na brak zajęcia: potajemnie współpracował ze Związkiem Walki Zbrojnej (czyli późniejszym „AK”), dostarczając im leki i opatrując rannych żołnierzy.
Wydarzenia wojenne spowodowały powstanie „ambulatorium za dziurą w płocie” - nieruchomość, w której obrębie działał Łazowski znajdowała się blisko obozu, w którym gromadzono grupy Żydów z kolejnych, „likwidowanych” gett z różnych miejscowości. Przez "dziurawy płot" Żydzi zgłaszali się do lekarza po pomoc, a ten przedostawał się do chorych mieszkańców obozu i leczył schorzenia, opatrywał rany. Zawsze to on chodził do nich - nigdy odwrotnie.
To nie Łazowski dokonał przełomowego odkrycia

Staniław Matulewicz i Eugeniusz Łazowski, fot. pochodzi ze strony Aleteia.org
Łazowski współpracował ze Stanisławem Matulewiczem, którego w książce „Prywatna wojna” nazywa Staśkiem. Ów Stasiek był lekarzem zamieszkującym niewielką, drewnianą chatkę, w której urządził swoje laboratorium. To tam odkrył, że wynik przeprowadzonego testu Weila-Felixa używanego w czasie IIWŚ do wykrywania tyfusu plamistego, wskutek zakażenia bakterią Proteus OX19 daje taki sam wynik testu, jak zakażenie tyfusem.
Laboratorium dawało dwóm lekarzom wielką swobodę i moc – nie tylko nie musieli oczekiwać kilka dni na wyniki przesyłane do i z laboratorium, ale dzięki temu mieli możliwość niezgłoszenia osoby chorej, ukrycia jej przed Niemcami, którzy często zakażonych - zwłaszcza Żydów - mordowali na miejscu[2]. Jak pisze Łazowski – nikt nie wiedział wtedy, dlaczego Proteus daje taki, a nie inny wynik. Po wojnie się to wyjaśniło (ale nie będę się o tym rozpisywać, bo ani nie mam kompetencji, ani głowy na tyle pojemnej, żeby to zrozumieć, więc chętnych odsyłam do tekstu „Prywatnej wojny” oraz literatury naukowej związanej z tym tematem).
Tyfus w książce określany jest dwojako: „chorobą Żydów” – o takiej terminologii pisze Łazowski w odniesieniu do języka antyżydowskiej propagandy, którego używali naziści – choroba ta dotykała głównie Żydów (stłoczonych tysiącami na niewielkich powierzchniach, transportowanych z getta do getta, żyjących w skrajnych, nieludzkich, a więc i niehigienicznych warunkach, które sami Niemcy im zgotowali).
Żydzi z kolei nazywali ją „chorobą niemiecką” – bo powstałą wskutek ów stłoczenia, transportowania i nieludzkiego traktowania. Myślę o tyfusie plamistym jako prostu chorobie „wojennej”, bo pojawiającej się wskutek działań, które destabilizują życia mas ludzkich, niszcząc miejsca zamieszkania, narażając ludzi na masowe migracje i niekontrolowane integracje, pozbawiając dostępu do leków, opieki medycznej oraz środków podstawowej higieny.
Antyżydowskie, propagandowe plakaty i ogłoszenia niemieckie, dehumanizujące Żydów, ukazujące ich jako źródło śmiertelnej choroby. Fot. z Archiwum Państwowego w Lublinie
Łazowski współpracował ze Stanisławem Matulewiczem, którego w książce „Prywatna wojna” nazywa Staśkiem. Ów Stasiek był lekarzem zamieszkującym niewielką, drewnianą chatkę, w której urządził swoje laboratorium. To tam odkrył, że wynik przeprowadzonego testu Weila-Felixa używanego w czasie IIWŚ do wykrywania tyfusu plamistego, wskutek zakażenia bakterią Proteus OX19 daje taki sam wynik testu, jak zakażenie tyfusem.
Laboratorium dawało dwóm lekarzom wielką swobodę i moc – nie tylko nie musieli oczekiwać kilka dni na wyniki przesyłane do i z laboratorium, ale dzięki temu mieli możliwość niezgłoszenia osoby chorej, ukrycia jej przed Niemcami, którzy często zakażonych - zwłaszcza Żydów - mordowali na miejscu. Jak pisze Łazowski – nikt nie wiedział wtedy, dlaczego Proteus daje taki, a nie inny wynik. Po wojnie się to wyjaśniło (ale nie będę się o tym rozpisywać, bo ani nie mam kompetencji, ani głowy na tyle pojemnej, żeby to zrozumieć, więc chętnych odsyłam do tekstu „Prywatnej wojny” oraz literatury naukowej związanej z tym tematem).
Tyfus w książce określany jest dwojako: „chorobą Żydów” – o takiej terminologii pisze Łazowski w odniesieniu do języka antyżydowskiej propagandy, którego używali naziści – choroba ta dotykała głównie Żydów (stłoczonych tysiącami na niewielkich powierzchniach, transportowanych z getta do getta, żyjących w skrajnych, nieludzkich, a więc i niehigienicznych warunkach, które sami Niemcy im zgotowali). Żydzi z kolei nazywali ją „chorobą niemiecką” – bo powstałą wskutek ów stłoczenia, transportowania i nieludzkiego traktowania. Myślę o tyfusie plamistym jako prostu chorobie „wojennej”, bo pojawiającej się wskutek działań, które destabilizują życia mas ludzkich, niszcząc miejsca zamieszkania, narażając ludzi na masowe migracje i niekontrolowane integracje, pozbawiając dostępu do leków, opieki medycznej oraz środków podstawowej higieny.
Tyfus plamisty przenoszą wszy. Objawia się on duszącym kaszlem, dreszczami, wysoką gorączką, silnymi bólami głowy i ogólnym otępieniem. W warunkach IIWŚ był chorobą zbierającą potężne żniwa – wskaźnik śmiertelności wśród chorych był bardzo wysoki.
Matulewicz przetestował działanie Proteusa na polskim robotniku przymusowym, który wstrząśnięty nieludzkimi doświadczeniami na robotach w Generalnym Gubernatorstwie, rozpaczliwie prosił lekarza o obcięcie ręki lub nogi, aby tylko nie musieć wracać do katorżniczej pracy.
